Laura kilka najbliższych dni spędziła na werandzie swojego
balkonu, spoglądając na ludzki świat po przez słoneczne okulary. Wielkie,
ogniste słońce dzień w dzień wynurzało się nie wiadomo skąd, by po kilkunastu
godzinach zniknąć w zupełnie innej okolicy. Nogi, pomimo siedzenia po turecku,
wcale jej nie bolały, choć czuła, że lekko się unieruchomiła. W dłoniach cały
czas obracała niewielki przedmiot, licząc w myślach, ile razy już to zrobiła.
Wiatr bawił się włosami dziewczyny, szarpiąc mocno i sprawiając ból, który był
niczym w porównaniu do tego jak czuła się w środku.
To magiczne
wnętrze eksplodowało w ciągu dnia kilkaset razy, raniąc, zadając ciosy,
wyrywając serce z piersi. Ciało już dawno powinno się rozpaść, jednak na
przekór Laurze dalej pozostawało w tym samym stanie. Ogień powoli trawił
wszystko. Doskonale wiedziała, że wystarczył jeden ruch, aby zapomniała
wszystko ze swojej ludzkiej przeszłości i żyła już jako wolna istota w obecnym
świecie, świecie Ciemności. Jednak sadystyczna natura nie pozwalała usunąć
swojej najlepszej części z pamięci.
- Laura? –
Rozmyślania przerwał jej cichy, męski głos.
Wcale nie
musiała się obracać, aby widzieć zatroskane zielone oczy, lekko skrzące w
wieczornych promieniach topiącego się gdzieś słońca. Usta lekko wygięte w
grymasie zmartwienia, po chwili rozchyliły się zachęcająco, by wydobyło się z
nich ciche westchnięcie. Kwadratowa szczęka porośnięta była kilkudniowym
zarostem, a ciemne włosy rozmierzwione, jakby ich właściciel dopiero co wstał z
łóżka po ciężkiej nocy. Orli nos zupełnie nie pasował do człowieka o ciele i
ruchach striptizera, który wpatrywał się z troską w plecy kobiety schowane
gdzieś za ścianą włosów. Wcale nie musiała się obracać. Wcale.
Obróciła
się jednak płynnym ruchem zwabiona zapachem papierosów, które schował w
kieszeni jasnoszarej szaty. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobraziła.
Przez chwilę serce znowu zapiekło, kiedy mogła pomylić go z kimś tam z dołu.
- Słucham
cię, Arturze – wymruczała cicho, widząc, że na jego ustach maluje się szeroki
uśmiech.
- Dobrze
wiem, czego chcesz – roześmiał się cicho.
Rzucił w
jej stronę paczkę papierosów, które złapała w locie. Włożyła jednego między
wargi i odpaliła ogniem, który wykwitł na czubku palca wskazującego. Czasami
bycie Istotą Ciemności się opłacało, przynajmniej nie musiałeś nosić przy sobie
cały czas zapalniczki. Zaciągnęła się mocno i dopiero po dłuższej chwili
wypuściła dym z płuc.
- Naprawdę
wiesz, czego mi potrzeba – westchnęła cicho. – Moje ulubione – szepnęła,
obracają paczkę w ręce.
- Długo cię
nie widziałem – powiedział jakby z pretensją w głosie, odpalając papierosa. –
Nie wiedziałam, czy jeszcze tu jesteś czy może gdzieś uciekłaś jak te trzy lata
temu. – Na przekór jej ostrzegawczemu spojrzeniu ciągnął dalej. – Zastanawiałem
się, gdzie jesteś: może na Florydzie lub Alasce, a może w Indiach, czy bliżej
Polski...
- Spadaj – przerwała mu,
stuknąwszy kciukiem w papierosa, z którego posypał się żar. Upadł na delikatną
skórę i wrzynał się w nią długo, dopóki nie wygasł, nie robiąc żadnej szkody. –
Żałosne – szepnęła Laura w stronę pyłku, który porwał wiatr.
W jednej
chwili w głowie pojawiły się obrazy z ucieczki. Podróżowała przez tydzień po
świecie jedynie nocą, skrupulatnie omijając Polskę. Anioły Ciemności schwytały
ją dopiero gdzieś w okolicy Peru, bo stacjonowały właśnie tam. Wtedy po raz
pierwszy widziała te piękne, nieskazitelnie idealne postacie, które powinny ją
zabić. Nie zrobiły tego. Słyszała zupełnie przez przypadek, że przypłaciły
życiem za to ulitowanie się nad nią.
- Słuchaj,
byłabyś milsza. – Przechyliwszy głowę lekko w bok przez chwilę podziwiał słońce
igrające w blond lokach. – I ściągnij te kretyńskie okulary, Ray Bany były
modne dwanaście lat temu. A tak poza tym, po całym Domu już się rozniosło, że
Redgierd cię wezwał. Czego chciał?
- Kontrolna
rozmowa – skłamała gładko, zapalając kolejnego papierosa. – Odpiernicz się od
moich okularów, bo rozwalę ci tą ładniutką twarzyczkę, a szkoda by było...
- Wiem,
dużo Aniołków z pewnością by na nią poleciało – dodał zadowolony, mrugając
zalotnie w jej stronę.
- Moich
paznokci – skończyła swoją wypowiedź z ironicznym uśmiechem na twarzy.
Pokręcił
głową i podszedł bliżej, wyrzucając po drodze niedopałek. Oparł się plecami o
żeliwną balustradę i przechylił się tak, aby widzieć jej twarz. Jednym ruchem
ściągnął okulary kobiecie i rzucił je na łóżko w pokoju. Długo wpatrywał się w
twarz Laury, która nie zmieniła wyrazu od blisko dziesięciu minut. Tak bardzo
chciał jej powiedzieć, jak bardzo się o nią martwił, że specjalnie dla niej
ryzykował, ściągając ulubione fajki. Przecież do jasnej cholery wiedział, że je
najbardziej lubi i kocha miłością dozgonną. Chciał ją zapytać, dlaczego zaczęła
palić, ale jedyne co wydobyło się z jego ust nie brzmiało zachęcająco do
rozmowy:
- Kurde.
- Miałam
piętnaście lat, kiedy pierwszy raz zapaliłam. Byłam sama w domu, ukradłam fajkę
babci kilka dni wcześniej. Zaciągałam się i zaciągałam. Smak był obrzydliwy,
ale coś tam w środku się zmieniło i jednak to polubiłam. Później poszło jak z
płatka.
Artur
rozdziawił szeroko usta, zaskoczony jej odpowiedzią. Przecież nawet nie
zapytał...
- Intuicja
– szepnęła, wpatrując się w ostatnie promienie dzisiejszego słońca, które lekko
przypaliło jej skórę. – Wszystko masz tak bardzo wypisane na twarzy, Arturze.
Mój były chłopak miał na imię Artur. Straszy frajer – kobiety były dla niego
jak trofea. Nie idź tą drogą.
- Za bardzo
żyjesz przeszłością – powiedział ostro, chwytając ją mocno za podbródek, by
spojrzała mu w oczy.
- To
spadaj. – Wyrwała się z uścisku. – No już! Na co czekasz? – krzyczała, wiedząc,
że nie panuje nad sobą. – Jak ci nie pasuje, to po co tu przyszedłeś?! Nikt cię
nie zapraszał! Wynoś się, no już!
Nie
obchodziły ją pełne żalu, troski i czegoś jeszcze zielonkawe oczy z delikatną
złotą obwódką, która wyglądała jak aureola. Zdecydowanie powinien być Aniołem
Jasności, pewnie spełniałby się z misją niesienia dobra i najlepszej rady.
Wycofał się jednak powoli ze smutkiem na twarzy, powłóczywszy za sobą nogami.
Czuła, że całe dnie przesiadywania na słońcu odcisnęły znaczące piętno na jej
skórze.
- Nie
chciałem. – Nie spodziewała się usłyszeć jego głosu, sądziła, że się wyniósł. –
Lauro, dla swojego dobra czasami powinnaś wyłączyć myślenie, może lepiej byłoby
gdybyś o tym wszystkim zapomniała? Wystarczy iść do Trybeteusza, on się
wszystkim zajmie. Przeszłość za bardzo cię rani, za dużo o niej rozmyślasz...
- Wujek
Dobra Rada wrócił! – krzyknęła radośnie, ale i ironicznie. – Może taką stworzył
mnie Bóg, co? – Odwróciła się w jego stronę i zmierzyła chłodnym spojrzeniem
ciemnych oczu. – Może właśnie taka jestem? Mam stać się kimś zupełnie innym, bo
nienawidzę tu być? Bo chciałabym normalnie żyć, a o ile nie żyć, to normalnie
umrzeć?! Nie mam ochoty patrzeć jak oni wszyscy żyją, jak płaczą, śmieją się,
jedzą, piją, tańczą, śpią! Nie chcę, wolę zginąć. I wiesz co? Żałuję, że wtedy
w Peru nie skończył się mój żywot i że nie miałam tyle odwagi, aby wyjść na
słońce!
Oderwała z
wściekłości płat skóry z ramienia, który najbardziej był narażony na działanie
promieni. Jednak słońce schowało się gdzieś za górką, a wschodzący księżyc
szybko przelał swoje światło na jej ranę, która w momencie zaczęła zarastać.
Miała ochotę krzyczeć i płakać, ale żadne z tych uczuć nie wydobyło się z jej
środka. Czuła, że zaczyna powoli i skrupulatnie wariować.
- Pogięło
cię – rzucił Artur i tym razem zdecydowanie wyszedł z mieszkania, trzaskając
drzwiami.
Szybko przemierzał
wąski korytarz, od czasu do czasu witając się z mijanymi osobami, którym nie
poświęcał ani krztyny zainteresowania. Twarze znikały równie prędko, co się
pojawiały. Wiedział, że czeka go długa droga do Wielkiej Sali. Tunele wydrążone
w skałach były wąskie i bardzo długie, co zdecydowanie utrudniało wędrówki po
Domu Ciemności. Nasłuchał się wielu historii o kadetach, którzy już nigdy nie
wrócili, zatraciwszy się w ciemności; podania mówiły, że powoli tracili zmysły,
zgubiwszy się w tunelach. Część korytarzy była niedostępna dla zwykłych
osobników, dlatego wielu mieszkańców sądziło, że pojawiające się tu bóstwa lub
sam Diabeł dopadali nieszczęśników.
Dopiero po
dłuższym czasie zza rogu wyłoniły się potężne, bogato zdobione szlachetnymi
kamieniami wrota. Za każdym razem zastanawiał się, co oznaczają wyryte na nich
poszczególne znaki, ale że nie należał do Rady Starszych ani nie był
wykształcony, więc nadal skrywały swą słodką tajemnicę. Przyjrzał się z
podziwem dwójce Aniołów, którzy stali na straży. Ich ogromne, czarne skrzydła
połyskiwały lekko w świetle pochodni, ogień tańczył również na ich zbrojach,
które co jakiś czas ciemniały coraz bardziej. Twarze zastygły im w dostojnym
grymasie, choć malowało się na nich znużenie. Porcelanowa cera sprawiała, że
wyglądali bardziej jak umarli, ale karmazynowe usta stanowiły zaskakującą
odskocznię od ich ponurego wyglądu, wprowadzając trochę życia w ich aurę.
- Przyszedłem
pomóc w przygotowaniach. – Głos, który wydobył się z jego gardła brzmiał dosyć
cicho i od razu zdradził, że jego właściciel jest wystraszony. Czekając na
reakcję Aniołów Artur wpatrywał się we wrota, przestraszony ich czarnymi oczyma
ze złotą obwódką.
Dopiero
powiew zimnego powietrza otrzeźwił go i pozwolił zauważyć, że wrota stoją przed
nim otwarte już dłuższą chwilę. Przerażony rzucił krótkie spojrzenie Aniołowi z
lewej strony, który uśmiechał się lekko, a w jego oczach czaiło się
rozbawienie. Pospiesznie przekroczył próg, a drzwi zamknęły się za nim z
głośnym trzaśnięciem. Powoli podszedł do balustrady i zerkając w dół, ujrzał
mnóstwo zapracowanych kadetów, którzy czyścili, ustawiali, bądź przenosili
różne meble. Na środku stał najwyższy z kapłanów zwany Deterdomem. Jego pogodny
wyraz piwnych oczu potrafił zmylić niejedną osobę. Pod szerokimi wargami rozciągniętymi
obecnie w uśmiechu krył się potwór z twardym charakterem. Blond włosy podobne
do łanów pszenicy kołyszących się w wakacyjnym słońcu bardziej upodabniały go
do Anioła Jasności. Miał niewielki nos i mocno zaróżowione policzki,
kontrastujące z czarną szatą o białych obszyciach. Wyraźnie poddenerwowany
wydawał polecenia, a każde niespełnione z nich kwitował sapnięciem.
- Kogo ja
widzę? – uradowany głos Catheriny, odwrócił jego uwagę od czegoś położonego w
kącie.
Z półmroku
wyłoniła się zjawiskowa sylwetka kobiety o ponętnych kształtach, której ruchy
bioder potrafiły przyprawić o dreszcze każdego mężczyznę. Jej szata wbrew
wymogom mocno otulała ciało Cath, podkreślając co nieco. Długie do pasa rude
włosy spływały kaskadą na plecy, falując, kiedy się poruszała. W zielonkawych oczach
dostrzec można było przebiegłe usposobienie. Pełne wargi rozciągnęły się w
seksownym uśmiechu, kiedy zbliżyła się, aby ucałować go w policzek. Artur nie
dziwił się, dlaczego ruda piękność nosi takie imię. Dla niego bardziej
przypominała dzikiego kota niż kobietę z krwi i kości.
- Nawet nie
wiesz, jak się cieszę – głos, który wydobył się z jej gardła był czystą muzyką.
– Mamy sporo pracy, Deterdom pierwszy raz chyba stracił panowanie nad sobą! –
ekscytowała się. – Żałuj, że nie widziałeś, jak wybuchnął. Po prostu eksplodował,
no biedna Page! – Roześmiała się perliście. – Ostro zawaliła jakąś sprawę i po
prostu zmiótł ją z powierzchni – dodała ciszej szczerze przerażona. – Lepiej stąd
spadaj, bo szkoda by było takiego mężczyzny – szepnęła mu wprost do ucha,
obchodząc go. – Albo się zbieraj do pomocy.
- Page nie
istnieje? – zapytał, na co Catherine pokiwała ze smutnym wyrazem twarzy. –
Widziałaś Aniołów? Zastanawiam się, po co zostały tu właściwie sprowadzone,
przecież nie było ich podczas żadnej Wielkiej Mastafy. Martwi mnie to, może
zamierzają nas wytłuc?
- Jesteś żałosny
– powiedziała, a na jej twarzy pojawiło się znudzenie. – Przybyły tu, by kogoś
strzec. On tu jest – dodała ciszej. – Obserwuje nas cały czas, boję się.
- Ty też? –
odpowiedział jej rozdrażniony. – Nie świruj, proszę, Cath.
Piękność wyraźnie
urażona odwróciła się na palcach i zbiegła po schodach w dół na Salę, by pomóc
innym kadetom ustawić ogromny ołtarz. Anna, niska brunetka, z największym
zaangażowaniem polerowała trzy bogato zdobione trony, stworzone jakby ze złota.
Wydawało się Arturowi naturalne to, że się tam znajdują, choć nienawidził
myśli, kiedy kojarzyły mu się ze Świętą Trójcą. W powietrzu dało się odczuć
napierającą gotowość, posłuszność i coś jeszcze. Chłód. Tak przeraźliwy,
docierający do samych kości, a nawet wnikający w nie. Atakował ze wszystkich
stron, mrożąc nawet duszę.
- Arturze,
masz to zanieść.
Niski
blondyn, którego widział po raz pierwszy w życiu, podał mu czarę wypełnioną
jakimś nieznanym Arturowi płynem, pokazując palcem kierunek. Brunet wciągał
przez dłuższą chwilę przez nozdrza zapach krwi, która kusiła swoją barwą. Skupił
się jednak i ruszył w wyznaczone miejsce znajdujące się na skraju Sali pogrążone
w istnym mroku. Po dłuższej chwili dostrzegł dwie kobiety-Anioły, trzymające w
dłoniach pozłacane szable z długą rękojeścią, z których każda wyglądała
inaczej. Na jednej jawił się byk, na drugiej sęp. Oczarowany kobietami o pustym
spojrzeniu i ich kusymi zbrojami, popatrzył dalej. Dostrzegł jedynie zarys
tronu. Wywnioskowawszy po sylwetce, że ktoś na nim siedzi, ruszył, by podać mu
czarę. Drogę odcięły mu jednak Anioły, skrzyżowawszy szable tuż przed jego
nosem. Artur zaskoczony patrzył jak postać wstaje i kieruje się ku niemu. Przez
chwilę pomyślał o Laurze, która na pewno by sobie poradziła na jego miejscu. Kiedy
wreszcie ujrzał postać, wyłoniwszy się uprzednio z mroku, z jego gardła wydobył
się krzyk, a czara wypadła mu z rąk, brudząc szatę Lucyfera.
Laura usłyszawszy
okropny krzyk, niosący się echem po całym Domu Ciemności, otrząsnęła się na
dobre i spojrzawszy na Księżyc przeniosła wzrok na przedmiot tkwiący od kilku
dobrych godzin w jej dłoniach.
Był w kształcie
trójkąta z wyraźną rysą, dzielącą go na dwie połowy. Na środku umieszczony
został połyskujący złotawym światłem kamień, w którym pomarańczowe drobinki
poruszały się w koło. Wyryte zostało na nim pełno inskrypcji w języku Hundów,
którzy dawno temu wyginęli. Laura nie mogła uwierzyć, że coś tak małego, mogło
zrobić tak dużo. Wystarczył jeden ruch, aby wszystkie jej marzenia się
spełniły.
Trzymała bowiem
w rękach Trójkąt Awedry służący do cofania czasu.
***
No to drugi z głowy. Szok. Jednak z jego efektu nie jestem zadowolona. Ciągnie się...
Skończyłaś w takim momencie? Zabiję cię! Szczególnie, że twoje opowiadanie kończy się zazwyczaj na drugim rozdziale i pewnie się nie dowiem, co dalej. Nie! Tym razem mam się wszystkiego dowiedzieć, jasne?
OdpowiedzUsuńRozdział jest bardzo dobry. Wcale się nie wlecze, nie wiem, o co ci chodzi.
I lubię Laurę. Uwielbiam bohaterki z charakterem.
Nie mogę w najmniejszym stopniu przewidzieć dalszej części tego opowiadania. Jak zwykle! Oszaleję przez ciebie. Da radę uciec, cofnąć czas? A jeśli tak to co wtedy?
Ej, cofnie się w czasie?;>
OdpowiedzUsuńPotrafisz stworzyć klimat, własnie skończyłam czytać książkę o takich klimatach - diabły i anioły. Ale tutaj jest tak samo fajnie, a do tego ciekawie. Mam nadzieje, że dalej będziesz pisać.;>
Laura, Laura - moja córka ma mieć tak na imię. Mam nadzieje, że będzie miała taki charakterek jak Twoja bohaterka. <3
Pozdrawiam! :D
Nowy u mnie.
OdpowiedzUsuńNowy u mnie.
OdpowiedzUsuńNowy jubileuszowy na Gii Reo.
OdpowiedzUsuń