środa, 25 lipca 2012

Rozdział 2


           Laura kilka najbliższych dni spędziła na werandzie swojego balkonu, spoglądając na ludzki świat po przez słoneczne okulary. Wielkie, ogniste słońce dzień w dzień wynurzało się nie wiadomo skąd, by po kilkunastu godzinach zniknąć w zupełnie innej okolicy. Nogi, pomimo siedzenia po turecku, wcale jej nie bolały, choć czuła, że lekko się unieruchomiła. W dłoniach cały czas obracała niewielki przedmiot, licząc w myślach, ile razy już to zrobiła. Wiatr bawił się włosami dziewczyny, szarpiąc mocno i sprawiając ból, który był niczym w porównaniu do tego jak czuła się w środku.
            To magiczne wnętrze eksplodowało w ciągu dnia kilkaset razy, raniąc, zadając ciosy, wyrywając serce z piersi. Ciało już dawno powinno się rozpaść, jednak na przekór Laurze dalej pozostawało w tym samym stanie. Ogień powoli trawił wszystko. Doskonale wiedziała, że wystarczył jeden ruch, aby zapomniała wszystko ze swojej ludzkiej przeszłości i żyła już jako wolna istota w obecnym świecie, świecie Ciemności. Jednak sadystyczna natura nie pozwalała usunąć swojej najlepszej części z pamięci.
            - Laura? – Rozmyślania przerwał jej cichy, męski głos.
            Wcale nie musiała się obracać, aby widzieć zatroskane zielone oczy, lekko skrzące w wieczornych promieniach topiącego się gdzieś słońca. Usta lekko wygięte w grymasie zmartwienia, po chwili rozchyliły się zachęcająco, by wydobyło się z nich ciche westchnięcie. Kwadratowa szczęka porośnięta była kilkudniowym zarostem, a ciemne włosy rozmierzwione, jakby ich właściciel dopiero co wstał z łóżka po ciężkiej nocy. Orli nos zupełnie nie pasował do człowieka o ciele i ruchach striptizera, który wpatrywał się z troską w plecy kobiety schowane gdzieś za ścianą włosów. Wcale nie musiała się obracać. Wcale.
            Obróciła się jednak płynnym ruchem zwabiona zapachem papierosów, które schował w kieszeni jasnoszarej szaty. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobraziła. Przez chwilę serce znowu zapiekło, kiedy mogła pomylić go z kimś tam z dołu.
            - Słucham cię, Arturze – wymruczała cicho, widząc, że na jego ustach maluje się szeroki uśmiech.
            - Dobrze wiem, czego chcesz – roześmiał się cicho.
            Rzucił w jej stronę paczkę papierosów, które złapała w locie. Włożyła jednego między wargi i odpaliła ogniem, który wykwitł na czubku palca wskazującego. Czasami bycie Istotą Ciemności się opłacało, przynajmniej nie musiałeś nosić przy sobie cały czas zapalniczki. Zaciągnęła się mocno i dopiero po dłuższej chwili wypuściła dym z płuc.
            - Naprawdę wiesz, czego mi potrzeba – westchnęła cicho. – Moje ulubione – szepnęła, obracają paczkę w ręce.
            - Długo cię nie widziałem – powiedział jakby z pretensją w głosie, odpalając papierosa. – Nie wiedziałam, czy jeszcze tu jesteś czy może gdzieś uciekłaś jak te trzy lata temu. – Na przekór jej ostrzegawczemu spojrzeniu ciągnął dalej. – Zastanawiałem się, gdzie jesteś: może na Florydzie lub Alasce, a może w Indiach, czy bliżej Polski...
- Spadaj – przerwała mu, stuknąwszy kciukiem w papierosa, z którego posypał się żar. Upadł na delikatną skórę i wrzynał się w nią długo, dopóki nie wygasł, nie robiąc żadnej szkody. – Żałosne – szepnęła Laura w stronę pyłku, który porwał wiatr.
            W jednej chwili w głowie pojawiły się obrazy z ucieczki. Podróżowała przez tydzień po świecie jedynie nocą, skrupulatnie omijając Polskę. Anioły Ciemności schwytały ją dopiero gdzieś w okolicy Peru, bo stacjonowały właśnie tam. Wtedy po raz pierwszy widziała te piękne, nieskazitelnie idealne postacie, które powinny ją zabić. Nie zrobiły tego. Słyszała zupełnie przez przypadek, że przypłaciły życiem za to ulitowanie się nad nią.
            - Słuchaj, byłabyś milsza. – Przechyliwszy głowę lekko w bok przez chwilę podziwiał słońce igrające w blond lokach. – I ściągnij te kretyńskie okulary, Ray Bany były modne dwanaście lat temu. A tak poza tym, po całym Domu już się rozniosło, że Redgierd cię wezwał. Czego chciał?
            - Kontrolna rozmowa – skłamała gładko, zapalając kolejnego papierosa. – Odpiernicz się od moich okularów, bo rozwalę ci tą ładniutką twarzyczkę, a szkoda by było...
            - Wiem, dużo Aniołków z pewnością by na nią poleciało – dodał zadowolony, mrugając zalotnie w jej stronę.
            - Moich paznokci – skończyła swoją wypowiedź z ironicznym uśmiechem na twarzy.
            Pokręcił głową i podszedł bliżej, wyrzucając po drodze niedopałek. Oparł się plecami o żeliwną balustradę i przechylił się tak, aby widzieć jej twarz. Jednym ruchem ściągnął okulary kobiecie i rzucił je na łóżko w pokoju. Długo wpatrywał się w twarz Laury, która nie zmieniła wyrazu od blisko dziesięciu minut. Tak bardzo chciał jej powiedzieć, jak bardzo się o nią martwił, że specjalnie dla niej ryzykował, ściągając ulubione fajki. Przecież do jasnej cholery wiedział, że je najbardziej lubi i kocha miłością dozgonną. Chciał ją zapytać, dlaczego zaczęła palić, ale jedyne co wydobyło się z jego ust nie brzmiało zachęcająco do rozmowy:
            - Kurde.
            - Miałam piętnaście lat, kiedy pierwszy raz zapaliłam. Byłam sama w domu, ukradłam fajkę babci kilka dni wcześniej. Zaciągałam się i zaciągałam. Smak był obrzydliwy, ale coś tam w środku się zmieniło i jednak to polubiłam. Później poszło jak z płatka.
            Artur rozdziawił szeroko usta, zaskoczony jej odpowiedzią. Przecież nawet nie zapytał...
            - Intuicja – szepnęła, wpatrując się w ostatnie promienie dzisiejszego słońca, które lekko przypaliło jej skórę. – Wszystko masz tak bardzo wypisane na twarzy, Arturze. Mój były chłopak miał na imię Artur. Straszy frajer – kobiety były dla niego jak trofea. Nie idź tą drogą.
            - Za bardzo żyjesz przeszłością – powiedział ostro, chwytając ją mocno za podbródek, by spojrzała mu w oczy.
            - To spadaj. – Wyrwała się z uścisku. – No już! Na co czekasz? – krzyczała, wiedząc, że nie panuje nad sobą. – Jak ci nie pasuje, to po co tu przyszedłeś?! Nikt cię nie zapraszał! Wynoś się, no już!
            Nie obchodziły ją pełne żalu, troski i czegoś jeszcze zielonkawe oczy z delikatną złotą obwódką, która wyglądała jak aureola. Zdecydowanie powinien być Aniołem Jasności, pewnie spełniałby się z misją niesienia dobra i najlepszej rady. Wycofał się jednak powoli ze smutkiem na twarzy, powłóczywszy za sobą nogami. Czuła, że całe dnie przesiadywania na słońcu odcisnęły znaczące piętno na jej skórze.
            - Nie chciałem. – Nie spodziewała się usłyszeć jego głosu, sądziła, że się wyniósł. – Lauro, dla swojego dobra czasami powinnaś wyłączyć myślenie, może lepiej byłoby gdybyś o tym wszystkim zapomniała? Wystarczy iść do Trybeteusza, on się wszystkim zajmie. Przeszłość za bardzo cię rani, za dużo o niej rozmyślasz...
            - Wujek Dobra Rada wrócił! – krzyknęła radośnie, ale i ironicznie. – Może taką stworzył mnie Bóg, co? – Odwróciła się w jego stronę i zmierzyła chłodnym spojrzeniem ciemnych oczu. – Może właśnie taka jestem? Mam stać się kimś zupełnie innym, bo nienawidzę tu być? Bo chciałabym normalnie żyć, a o ile nie żyć, to normalnie umrzeć?! Nie mam ochoty patrzeć jak oni wszyscy żyją, jak płaczą, śmieją się, jedzą, piją, tańczą, śpią! Nie chcę, wolę zginąć. I wiesz co? Żałuję, że wtedy w Peru nie skończył się mój żywot i że nie miałam tyle odwagi, aby wyjść na słońce!
            Oderwała z wściekłości płat skóry z ramienia, który najbardziej był narażony na działanie promieni. Jednak słońce schowało się gdzieś za górką, a wschodzący księżyc szybko przelał swoje światło na jej ranę, która w momencie zaczęła zarastać. Miała ochotę krzyczeć i płakać, ale żadne z tych uczuć nie wydobyło się z jej środka. Czuła, że zaczyna powoli i skrupulatnie wariować.
            - Pogięło cię – rzucił Artur i tym razem zdecydowanie wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
            Szybko przemierzał wąski korytarz, od czasu do czasu witając się z mijanymi osobami, którym nie poświęcał ani krztyny zainteresowania. Twarze znikały równie prędko, co się pojawiały. Wiedział, że czeka go długa droga do Wielkiej Sali. Tunele wydrążone w skałach były wąskie i bardzo długie, co zdecydowanie utrudniało wędrówki po Domu Ciemności. Nasłuchał się wielu historii o kadetach, którzy już nigdy nie wrócili, zatraciwszy się w ciemności; podania mówiły, że powoli tracili zmysły, zgubiwszy się w tunelach. Część korytarzy była niedostępna dla zwykłych osobników, dlatego wielu mieszkańców sądziło, że pojawiające się tu bóstwa lub sam Diabeł dopadali nieszczęśników.
            Dopiero po dłuższym czasie zza rogu wyłoniły się potężne, bogato zdobione szlachetnymi kamieniami wrota. Za każdym razem zastanawiał się, co oznaczają wyryte na nich poszczególne znaki, ale że nie należał do Rady Starszych ani nie był wykształcony, więc nadal skrywały swą słodką tajemnicę. Przyjrzał się z podziwem dwójce Aniołów, którzy stali na straży. Ich ogromne, czarne skrzydła połyskiwały lekko w świetle pochodni, ogień tańczył również na ich zbrojach, które co jakiś czas ciemniały coraz bardziej. Twarze zastygły im w dostojnym grymasie, choć malowało się na nich znużenie. Porcelanowa cera sprawiała, że wyglądali bardziej jak umarli, ale karmazynowe usta stanowiły zaskakującą odskocznię od ich ponurego wyglądu, wprowadzając trochę życia w ich aurę.
            - Przyszedłem pomóc w przygotowaniach. – Głos, który wydobył się z jego gardła brzmiał dosyć cicho i od razu zdradził, że jego właściciel jest wystraszony. Czekając na reakcję Aniołów Artur wpatrywał się we wrota, przestraszony ich czarnymi oczyma ze złotą obwódką.
            Dopiero powiew zimnego powietrza otrzeźwił go i pozwolił zauważyć, że wrota stoją przed nim otwarte już dłuższą chwilę. Przerażony rzucił krótkie spojrzenie Aniołowi z lewej strony, który uśmiechał się lekko, a w jego oczach czaiło się rozbawienie. Pospiesznie przekroczył próg, a drzwi zamknęły się za nim z głośnym trzaśnięciem. Powoli podszedł do balustrady i zerkając w dół, ujrzał mnóstwo zapracowanych kadetów, którzy czyścili, ustawiali, bądź przenosili różne meble. Na środku stał najwyższy z kapłanów zwany Deterdomem. Jego pogodny wyraz piwnych oczu potrafił zmylić niejedną osobę. Pod szerokimi wargami rozciągniętymi obecnie w uśmiechu krył się potwór z twardym charakterem. Blond włosy podobne do łanów pszenicy kołyszących się w wakacyjnym słońcu bardziej upodabniały go do Anioła Jasności. Miał niewielki nos i mocno zaróżowione policzki, kontrastujące z czarną szatą o białych obszyciach. Wyraźnie poddenerwowany wydawał polecenia, a każde niespełnione z nich kwitował sapnięciem.
            - Kogo ja widzę? – uradowany głos Catheriny, odwrócił jego uwagę od czegoś położonego w kącie.
            Z półmroku wyłoniła się zjawiskowa sylwetka kobiety o ponętnych kształtach, której ruchy bioder potrafiły przyprawić o dreszcze każdego mężczyznę. Jej szata wbrew wymogom mocno otulała ciało Cath, podkreślając co nieco. Długie do pasa rude włosy spływały kaskadą na plecy, falując, kiedy się poruszała. W zielonkawych oczach dostrzec można było przebiegłe usposobienie. Pełne wargi rozciągnęły się w seksownym uśmiechu, kiedy zbliżyła się, aby ucałować go w policzek. Artur nie dziwił się, dlaczego ruda piękność nosi takie imię. Dla niego bardziej przypominała dzikiego kota niż kobietę z krwi i kości.
            - Nawet nie wiesz, jak się cieszę – głos, który wydobył się z jej gardła był czystą muzyką. – Mamy sporo pracy, Deterdom pierwszy raz chyba stracił panowanie nad sobą! – ekscytowała się. – Żałuj, że nie widziałeś, jak wybuchnął. Po prostu eksplodował, no biedna Page! – Roześmiała się perliście. – Ostro zawaliła jakąś sprawę i po prostu zmiótł ją z powierzchni – dodała ciszej szczerze przerażona. – Lepiej stąd spadaj, bo szkoda by było takiego mężczyzny – szepnęła mu wprost do ucha, obchodząc go. – Albo się zbieraj do pomocy.
            - Page nie istnieje? – zapytał, na co Catherine pokiwała ze smutnym wyrazem twarzy. – Widziałaś Aniołów? Zastanawiam się, po co zostały tu właściwie sprowadzone, przecież nie było ich podczas żadnej Wielkiej Mastafy. Martwi mnie to, może zamierzają nas wytłuc?
            - Jesteś żałosny – powiedziała, a na jej twarzy pojawiło się znudzenie. – Przybyły tu, by kogoś strzec. On tu jest – dodała ciszej. – Obserwuje nas cały czas, boję się.
            - Ty też? – odpowiedział jej rozdrażniony. – Nie świruj, proszę, Cath.
            Piękność wyraźnie urażona odwróciła się na palcach i zbiegła po schodach w dół na Salę, by pomóc innym kadetom ustawić ogromny ołtarz. Anna, niska brunetka, z największym zaangażowaniem polerowała trzy bogato zdobione trony, stworzone jakby ze złota. Wydawało się Arturowi naturalne to, że się tam znajdują, choć nienawidził myśli, kiedy kojarzyły mu się ze Świętą Trójcą. W powietrzu dało się odczuć napierającą gotowość, posłuszność i coś jeszcze. Chłód. Tak przeraźliwy, docierający do samych kości, a nawet wnikający w nie. Atakował ze wszystkich stron, mrożąc nawet duszę.
            - Arturze, masz to zanieść.
            Niski blondyn, którego widział po raz pierwszy w życiu, podał mu czarę wypełnioną jakimś nieznanym Arturowi płynem, pokazując palcem kierunek. Brunet wciągał przez dłuższą chwilę przez nozdrza zapach krwi, która kusiła swoją barwą. Skupił się jednak i ruszył w wyznaczone miejsce znajdujące się na skraju Sali pogrążone w istnym mroku. Po dłuższej chwili dostrzegł dwie kobiety-Anioły, trzymające w dłoniach pozłacane szable z długą rękojeścią, z których każda wyglądała inaczej. Na jednej jawił się byk, na drugiej sęp. Oczarowany kobietami o pustym spojrzeniu i ich kusymi zbrojami, popatrzył dalej. Dostrzegł jedynie zarys tronu. Wywnioskowawszy po sylwetce, że ktoś na nim siedzi, ruszył, by podać mu czarę. Drogę odcięły mu jednak Anioły, skrzyżowawszy szable tuż przed jego nosem. Artur zaskoczony patrzył jak postać wstaje i kieruje się ku niemu. Przez chwilę pomyślał o Laurze, która na pewno by sobie poradziła na jego miejscu. Kiedy wreszcie ujrzał postać, wyłoniwszy się uprzednio z mroku, z jego gardła wydobył się krzyk, a czara wypadła mu z rąk, brudząc szatę Lucyfera.


            Laura usłyszawszy okropny krzyk, niosący się echem po całym Domu Ciemności, otrząsnęła się na dobre i spojrzawszy na Księżyc przeniosła wzrok na przedmiot tkwiący od kilku dobrych godzin w jej dłoniach.
            Był w kształcie trójkąta z wyraźną rysą, dzielącą go na dwie połowy. Na środku umieszczony został połyskujący złotawym światłem kamień, w którym pomarańczowe drobinki poruszały się w koło. Wyryte zostało na nim pełno inskrypcji w języku Hundów, którzy dawno temu wyginęli. Laura nie mogła uwierzyć, że coś tak małego, mogło zrobić tak dużo. Wystarczył jeden ruch, aby wszystkie jej marzenia się spełniły.
            Trzymała bowiem w rękach Trójkąt Awedry służący do cofania czasu.

***
No to drugi z głowy. Szok. Jednak z jego efektu nie jestem zadowolona. Ciągnie się...

5 komentarzy:

  1. Skończyłaś w takim momencie? Zabiję cię! Szczególnie, że twoje opowiadanie kończy się zazwyczaj na drugim rozdziale i pewnie się nie dowiem, co dalej. Nie! Tym razem mam się wszystkiego dowiedzieć, jasne?
    Rozdział jest bardzo dobry. Wcale się nie wlecze, nie wiem, o co ci chodzi.
    I lubię Laurę. Uwielbiam bohaterki z charakterem.
    Nie mogę w najmniejszym stopniu przewidzieć dalszej części tego opowiadania. Jak zwykle! Oszaleję przez ciebie. Da radę uciec, cofnąć czas? A jeśli tak to co wtedy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, cofnie się w czasie?;>
    Potrafisz stworzyć klimat, własnie skończyłam czytać książkę o takich klimatach - diabły i anioły. Ale tutaj jest tak samo fajnie, a do tego ciekawie. Mam nadzieje, że dalej będziesz pisać.;>
    Laura, Laura - moja córka ma mieć tak na imię. Mam nadzieje, że będzie miała taki charakterek jak Twoja bohaterka. <3
    Pozdrawiam! :D

    OdpowiedzUsuń